Translate

wtorek, 11 listopada 2014

Rozdział 26 Cień sprawcy.

Obudziła się.W końcu nie śniło jej się nic okropnego ani strasznego.Nie było żadnych wizji czy wspomnień.Nie pamiętała snu i bardzo jej się to podobało.Odpoczeła bez pobudek w nocy.Wstała pełna energii.Za oknem było już dużo śniegu.Cieszyła się jak małe dziecko.Drobinki śniegu latały w powietrzu i goniły się wzajemnie.Każda była biała ale każda była inna.Wzięła swoje czarne rurki, biały golf i bieliznę.Weszła do łazienki i wskoczyła pod prysznic.Miała wyjątkowo dobry humor.Ciepłe kropelki wody spływały po jej ciele.Wzięła swój ulubiony lewandowy żel pod prysznic i obmyła ciało.Kiedy już skończyła wytarła się puchatym białym ręcznikiem i ubrała się.Przed włożeniem bluzki spojrzała na swój znak.Lekko bolał ale już się do tego przyzwyczaiła.Musiała tylko pamiętać by nie pokazać go Jack'owi.Chciałaby mu później to wyjaśnić. Na razie nie wiedza go ochroni.Włożyła biały golf i wyszła z pomieszczenia.Zeszła na dol do salonu i pędem weszła do kuchni.Chciała od razu zrobić sobie coś do jedzenia i zdzwonić do przyjaciela.Do kuchni wszedł Benjamin.Chyba był lekko zaskoczony jej dobrym humorem, gdyż wpatrywał się w nią natarczywie.
-Dzień dobry-uśmiechnęła się i włożyła chleb do tostera.Wyciągnęła sok pomarańczowy i nalała go sobie do szklanki.Spojrzała na przyjaciela.Cały czas stał w miejscu, nawet się nie odezwał.Czy coś się wydarzyło,a ojca o tym nie wie?
-Coś się stało?-zapytała spoglądając na niego.
-Eee.. Nie, nic-powiedział zdezorientowany.
-Na pewno?
-Powinienem się zapytać o to ciebie.
-A w porządku-uśmiechnęła się.Wyciągnęła tosty i posmarowała je nutella. Chłopak podszedł do niej.Spojrzała.Cały czas się jej przyglądał.
-Co?!-zapytała-Znowu będziesz podziwiać jak jem? Tylko nie rób mi wykładów-zażaliła się.
-Alex na pewno wszystko w porządku? Jesteś jakaś taka.....nie wiem jak to ująć... szczęśliwa?
-Przeszkadza co to?-zapytała zaskoczona.
-Nie!-szybko odpowiedział.-Nie w żadnym wypadku.Właśnie podoba mi się.Ostatnio rzadko jesteś uśmiechnięta.
-Teraz mam powód.Chyba pierwszy raz od bardzo dawna nie śniły mi się jakieś dziwne sceny.W końcu się wyspałam i oby było tak częściej.-Skończyła myć sztućce.
-Rozumem-uśmiechnął się.-Gratuluje.
Poszła z nim do salonu.Zaczęła jeść śniadanie ,a on rozmawiał z Carlisle'm.Po chwili zadzwonił telefon Alexandry.Odebrała.Był to Jack.
-Cześć-powiedziała-o której mam przyjechać?
-Cześć, możesz w każdej chwili.Dzwonię z przypomnieniem byś wzięła książkę.Zazwyczaj zapominasz o takich rzeczach.
-Wcale, że nie-wyparła się.-Rzeczywiście zapomniałabym.-Usłyszała śmiech przyjaciela-przestań! Każdemu może się zdarzyć.
-Tobie najczęściej.To ja będę czekał.
-Dobrze.To ja zacznę się zbierać i pójdziemy do centrum.I wezmę książkę.
-Ok.No to do zobaczenia.

Odłożyła telefon na stolik i dokończyła pić sok.Benjamin był wyjątkowo cicho.Coś leżało mu na sumieniu.
-Na pewno wszystko w porządku?-zapytała.-Jesteś strasznie cicho.
Cały czas patrzył na nią takim smutnym wzrokiem.W więzi czuła jakaś mieszankę.Nie umiała zrozumieć jego odczuć.
-Musisz jechać z nim akurat dziś jak ja będę cały dzień z Carlisle'm? Mogłabyś zostać w domu.Byłbym spokojniejszy.
-Obiecałam mu,a w ogóle nie mogę siedzieć cały czas w domu.Zwariuje w końcu od tej sytuacji. Nic mi nie będzie.Będę cały czas z nim.Co może się wydarzyć?
-Wszystko.Może ktoś zaatakuje cię kiedy  będziesz jechać lasem.Kiedy będziesz w centrum.Wszystko może się wydarzyć.Może Alice lub Nessie pojadą z wami lub Emmet. Byle by ktoś kto mógł by cię ochronić.
-Nic mi nie będzie .Cullenowie są zajęci poszukiwaniami.Nie chce dać im kolejnego powodu do zmartwień by mnie niańczyli.Będę cały czas pod telefonem.Gdyby coś mi groziło Alice to zobaczy w wizji.Zawsze mogę zadzwonić.Będziemy u niego, potem w księgarni, sklepie i bibliotece.On kupi jeszcze prezenty na święta dla bliskich.Potem chwilę zostanę z nim,a potem wrócę.Mogę od razu przyjechać do was , zamiast tu.
-Niech ci będzie-westchnął.-I tak nie posłuchasz.Tylko proszę cię, uważaj.Dzwoń gdyby coś się wydarzyło.Proszę cię tylko o to.
-Dobrze zadzwonię-uśmiechnęła się.
-A co z świętami? Obchodzisz je?
Tego pytania się nie spodziewała.
-Nie wiem.Kocham Święta Bożego Narodzenia ale chyba nie będę ich obchodzić w tym roku.Nawet nie wiem ile się jeszcze zmieni do tamtego czasu.-Spojrzała na zegarek-już za dwadzieścia dziesiąta! Muszę lecieć-szybko wstała i ubrała przylegający czarny płaszczyk sięgający do przed połowy uda.-To do zobaczenia i powodzenia.Jeszcze przejrzę resztę notatek.
-Uważaj-powiedział i uciskał ją.
-Cześć-pożegnała się i zakończyła rozmowę.

***
Podjechała pod dom przyjaciela.Miała zadzwonić że już jest ale on już wyszedł z domu.Wyglądał nieźle jak zwykle.Brązowe spodnie przylegające do ciała,trapery i zielona kurtka, która pokazywała jego zbudowane ciało.Uśmiechnął się i spojrzał na nią niebieskimi oczami.
-Cześć-powiedział zamykając drzwi od samochodu.
-Hej-powiedziała.Na czarnych włosach miał drobinki śniegu, skrzepła je.-To co? Jedziemy?
-Prowadź-zapiął pas.
Ruszyła spod jego domu.Droga do centrum prowadziła przez las.Jechali asfaltowa droga wśród płatek śniegu.
-I jak po chorobie?-Zapytał-już wszystko w porządku?
-Tak.Doktor Cullen pomógł mi.Już wszystko w porządku.Przepraszam, że się nie odzywałam.Nie byłam w stanie odebrać.
-Nie ma sprawy.Nie wnikam co ci było, bo choroby to nie zbyt dobry temat.Powiedz, obchodzisz święta w tym roku?
-Benjamin zapytał się mnie dziś dokładnie tak samo-spojrzała rozbawiona.
Przyjaciel jakby się zaciekawił.Stał się czerwony na buzi
-A wy... no ten... wiesz o co mi chodzi-zaczął się jąkać.
Spojrzała na niego.Nie rozumiała o co mu chodzi.
-Czy wy jesteście razem?W sensie... chłopak, dziewczyna.Para.
-Nie ależ skąd-zaśmiała się- jesteśmy blisko ze sobą ale są to stosunki przyjacielskie.Pomaga mi i takie tam.Dlaczego wszyscy myślą, że jesteśmy parą? Nie rozumiem tego-skręciła w kierunku miasta.
-A nic tak pytam-było słychać dziwne zmieszanie u przyjaciela.-Po prostu czasem wyglądacie jak para i to wszystko.
-A wcale nie prawda-dała mu kuksańca.-Jesteśmy przyjaciółmi.A dlaczego w ogóle o to pytasz?
-A nic tak po prostu.Jesteś moją przyjaciółką.I...-zamilkł-po prostu jestem ciekawy.
-Nie, nie jesteśmy razem.
Nigdy o nim nie myślała jako o chłopaku, narzeczonym czy mężu. W ogóle nie myślała o partnerze na przyszłość.Jakoś od sprawy z Josh'em nie ufała zbytnio obcym ludziom.Bała się, ze ponownie która ja zdradzi, oszuka.Ale odkąd dowiedziała się o innych istotach, nie miała  czasu na romanse czy randki.
-Wiesz jest bliski naszego wieku.
-Jest za stary-zażartowała.
-Nie może mieć więcej niż dwadzieścia lat-powiedział
-A żebyś się nie zdziwił-powiedziała cicho uśmiechnięta.
-Wiesz jest przystojny, wysoki, zbudowany.Ma piękny głos i oczy.
-Poeta się znalazł-zażartowała.-Nigdy nie myślałam o tym by Benjamin mógł być kimś więcej dla mnie niż przyjacielem.Nie mam praktycznie na to czasu teraz.
-Coś się dzieje, prawda Alex? Dlatego wtedy cię nie było na imprezie? Dlatego ostatnio byłaś taka przemęczona i w ogóle?
Spojrzała spanikowana na przyjaciela.Skąd tyle się domyślił.
-Widzę to-powiedział jakby czytał jej w myślach.-Co się dzieje.
Nie mogła mu niczego powiedzieć.Nie teraz.A gdyby powiedziała mu cześć prawdy? Powinien wiedzieć.
-Chodzi o to, że...-zamilkła.Musi mu powiedzieć chociaż trochę.Nie będzie tchórzem.-Dowiedziałam wiele spraw o mamie.
-Jakich-przyjaciel spytał poważnie.
-Moja mama została zamordowana-spojrzała na niego bliska łez.
Jack spojrzał na nią przerażony.Jego niebieskie oczy były tak intensywne.Było w nich widać współczucie i zaskoczenie mieszające się z lękiem.Spojrzała ponownie na trasę.Nie lubiła kiedy która patrzył na nią z litością.
-Przykro mi-powiedział.
-Po prostu chce wiedzieć dlaczego.To wszystko. Na razie tylko tyle mogę ci powiedzieć.Przepraszam.
Poczuła dłoń przyjaciela na swojej.Uśmiechnął się do niej.
-Rozumem.Powiesz mi jak będziesz chciała.A teraz skupmy się na tych zakupach.
Skręciła właśnie w miasto.Zatrzymali się przed wielkim centrum handlowym.Wyciągnęła telefon i napisała smsa do Egipcjanina:
,, Ja i Jack jesteśmy w centrum.Nic się nie martw.''
 ***
Siedział z notatkami w gabinecie doktora Cullena.On wraz z małżeństwem zajęli się notatkami.
-Jest tu cała historia wyjaśniającą , dlaczego Richard potrzebuje Alexandry-powiedział blondyn.
-Ona to czytała?-zapytała Esme.
-Tak, czytała.Jak przyszedłem nie chciała spojrzeć mi w oczy i przepraszała.Cały czas obwinia się, że on jest w tej radzie.A mówiłem jej, że nie ma się przejmować, bo nie miała na to wpływu.Czytała o tym, że Gabriela została zaatakowana rok temu, że została otruta.Wszystko.
-To za wiele dla niej-powiedziała kobieta.
-Jest silną dziewczyną.Poradzi sobie.Jest silna, tak jak jej matka-powiedział chwytając dłoń małżonki.
Egipcjanin poczuł wibracje telefonu w kieszeni kurtki.Szybko go wyciągnął z myślą, że nastolatce coś grozi.Odczytał wiadomość.Dała znać, że jest cała i idzie do centrum.Mimo tego czuł niepokój.A w połączeniu czuł jej dobry humor.
-W porządku?-zapytał lekarz.
-Tak-powiedział.
-Chodzi o Alexandre?-zapytała kobieta.
-Pojechała z Jack'iem do centrum.Miała mu jakąś książkę dać i mieli wstąpić na zakupy.Księgarnia i takie tam,a on ma kupić jakieś prezenty rodzinie.Byłem przeciwny temu ale się uparła, jak zwykle.
-Jest z nim.Powinna być bezpieczna.Jeżeli człowiek dla zaklętego jest obcy, nie jest przyjacielem czy wogole znajomym nie ma prawa pokazać mu swoich moc.Złamałby poważne prawo.
-Wiem, wspomniała mi o tym-powiedział nie przekonany.
-Boisz się o nią.Zależy ci na niej-powiedziała Esme.
-Jak każdemu z nas-powiedział.
-Ale w inny sposób niż my.
-Myślałem, że ją straciłem.Od tamtej pory uwolnienia mnie dużo się zmieniło.Ona jest mi bardzo bliska.Do nikogo nie czuję i nie czułem tak silnej więzi.Ale od kad jesteśmy połączeni zbliżyliśmy się jeszcze bardziej.Wtedy, kiedy usłyszałem jej krzyk w telefonie myślałem, że ją stracę.Że ktoś ja skrzywdzi.Przez chwilę nie wyczułem połączenia.Myślałem, że już po niej.Kiedy zobaczyłem to co zobaczyłem i w jakim ona była stanie.Nie chce by stała jej się krzywda.Jest jedyną osobą, pierwsza osobą która widziała we mnie dobre strony i wstawiła się za mną.Jest tą wyjątkowa.
-Dobrze-powiedział.-Masz nasze wsparcie co do pomocy.Wsparcie całej naszej rodziny.
-Dziękuję-powiedział to z dziwną łatwością-możemy wrócić do tych notatek?
***
Ona i Jack byli już w wszystkich miejscach jakie chcieli odwiedzić.Alexandra kupiła trochę jedzenia i książkę na powtórzenia do egzaminów końcowych.Przyjaciel natomiast kupił prezenty dla rodziny.Lalkę Barbie dla małej siostry i perfumy dla mamy i ojca  oraz inne drobiazgi dla reszty rodziny.Spakowali zakupy do bagażnika i ruszyli drogą powrotną.Słuchali radia i śpiewali stare kawałki.Kiedy dojechali do domu przyjaciela,pomogła mu wnieść cześć zakupów.
-Jesteś pewna, że nie chcesz wejść?-zapytał przyjaciel.
-Chciałabym ale muszę szybko wjechać do Nessie.Do zobaczenia.
Odjechała samochodem.Odłożyła telefon w przeznaczone miejsce i zadzwoniła do Benjamina.Prowadziła i ustawiła tryb głośno mówiący.Po pierwszym sygnale odebrał:
-Gdzie jesteś?-zapytał.Wyczuła w połączeniu jego lekki niepokój.
-Dziesięć kilometrów od domu. Mam wjechać do was?
-Najlepiej będzie jak tak.Przyjrzeliśmy dokładnie dzienniki.Znaleźliśmy wskazówki co do twoich zdolności.
-Naprawdę?! To od razu do was pojadę.
Nagle z zakrętu wyjechał samochód wprost na nią.Szybko skręciła bardziej na prawo.Kierowca zwolnił i zjechał na swój tor.
-Alex?! Co się dzieje?!
-Jakiś wariat jechał za szybko i prawie we mnie wjechał.
-Wrócił Emmet.Idę z nim w twoim kierunku.
-Nie trzeba.Niedługo będę.Nie musicie.
-Nie dyskutuj.Do zobaczenia za chwilę.
Rozłączył się.Wzięła telefon do kieszeni płaszcza.Jechała dalej.Był kochany, że się o nią troszczył ale zaczynał powoli przesadzać.Przypomniała sobie pytanie  Jack'a ,, Czy wy jesteście razem?''.Nigdy nie myślała o Benjaminie jako o przyszłym partnerze.Przecież to śmieszne co przyjaciel zasugerował.Ona z Benjaminem są przyjaciółmi.Pociesza ją, pomaga, rozmawia i wspiera.Może na niego liczyć w każdej sytuacji.Pomógł jej, uratował.Są przyjaciółmi.Zaczęła dziwnie się czuć.Przez rozmowę z nim, zaczęła myśleć o Egipcjaninie inaczej.Chciała przemyśleć to kiedy indziej.Zobaczyła, że droga ciągnie się gwałtownie w dół,a po dwustu metrach ostro skręca w prawo.Nacisnęła hamulec.Samochód nie zwolnił.Spojrzała w dół i nacisnęła go po raz drugi.Myślała , że nie nacisnela go mocno.Samochód nie zwalniał tylko przyspieszał.Pociągnęła hamulec awaryjny.Auto zaczęło zwalniać ale na moment.Usłyszała dźwięk pękania.Chciała zapanować nad kierownica.Chciała pokierować samochodem do puki nie zatrzymię się ale kierownica nie reagowała.Hamulce i kierownica przestały działać.Zjeżdżała szybko w dół.Brakowało dziesięciu metrów by wypadła z drogi do rzeki.Co ma robić?! Przecież zaraz zginie!!Szybko rozpięła pas i otworzyła drzwi.Samochód szybko jechał i był w połowie lasu,a trzy metry dalej była rzeka.Bez namysłu wyskoczyła z pojazdu.Gwałtownie uderzyła o asfalt.Poczuła gorąca ciecz w ustach i na czole.Poturlała się po drodze i uderzyła ciałem o leżące drzewo.Miała zamknięte oczy.Usłyszała dźwięk tłuczonego szkła i poczuła pięcio metrowa przepaść,a w niej rzeka.Otworzyła oczy.Usłyszała jak jej samochód w połowie jest w rzece.Utknął między skałami w wodzie.Tylna część była na powierzchni.Chciała się podnieść.Zauważyła, że kryształ z medalionu się świeci.Użyła nieświadomie swojej mocy.Dlatego jeszcze żyje.Głowa i całe jej ciało bolało.Starała się podnieść ramionami.Niestety nic z tego.Nie miała tyle siły.Śnieg tylko utrudniał sprawę.Obróciła się na plecy.Było ciężko ale udało się.Przyłożyła dłoń do prawej skroni.Spojrzała na nią.Była szkarłatna.Słabo się czuła i wszystko ją bolało.Poobijała się.Udało jej się wstać na kolana.Pomagała sobie dłońmi.Przeszła na czworakach.Widziała śnieg zabarwiony na szkarłat.Nagle zakręciło jej się w głowie i upadła na lewy bok.Zaczęła tracić przytomność.Bezsilna zamknęła oczy.Chciała chwilę odpocząć i wyciągnąć resztkami sił telefon.Jednak ten dźwięk ja unieruchomił.Ktoś był za nią.Tylko kto? Gdyby byli to jej przyjaciele od razu by pomogli.Ktoś szedł powoli i spokojnie.Przez to tempo i ciszę obcego jej serce biło szybciej.Wciągnęła powietrze i nie zauważalnie udała, że nie oddycha.Postać była z krok od jej pleców.Pochyliła się i odsunęła kosmyki włosów z jej twarzy.Dotknął jej szyi.Usłyszała pomruk, jakby cichy śmiech osoby.Dłoń przeszła z jej szyi na policzek.Po dotyku stwierdziła, że to mężczyzna i to młody.Delikatnie pogłaskał jej policzek jakby z uczuciem.
-Dobić cię czy popatrzyć sobie jak umierasz powoli?-powiedziała cicho postać.Dziewczyna ledwo co usłyszała kwestię.Przeraziła się nie na żarty.
Usłyszała muzykę z telefonu.Ktoś do niej dzwoni.Mężczyzna zostawił ją i poszedł.Zniknął.Zaczęła łapać powietrze.Chciała wstać i odebrać.Ale jej siły były wyczerpane.Kosmyki włosów przykleiły się do krwi na czole.Ciemność i cisza ja przyciągały.Ciemność ją okryła.
ostre drobinki na sobie.Zakryła twarz.Poczuła trawę i śnieg pod spodem.Była blisko.Wiedziała, że po trzech metrach od drogi jest
***
-Nie odbiera telefonu-powiedział zaniepokojony Benjamin.
Biegł wampirzym tempem wraz z Emmetem,a koło nich biegł Jacob w postaci wilka.
-Może skupiła się na drodze-za proponował Jacob.
-Zawsze odbiera-odpowiedział Emmet.
Egipcjanin czuł straszny nie pokój.Nie wiedział czy to jego czy jej uczucie.Bal się, że mogło coś się stać.Nagle poczuł wielką fale bólu.Poczuł to tak nagle, że upadł na kolana.Bolała go strasznie głowa, głównie prawa skroń.Ciało było jakby poobijane i obolałe.Alexandrze coś musiało się stać.
-Stary co ci jest-zapytał Emmet.
-Więź-powiedział-coś jej się stało.Szybko!
Szybko wstał i pobiegli najszybciej jak mogli.Czuł swój strach.Bał się, że coś jej się stało.Przeraził się jak poczuł krew.Była blisko.Na miejscu był pierwszy.Zaraz po nim dotarli Emmet i Jacob.Wilkołak szybko się przemienił i ubrał spodnie.Nie zwracał na nich uwagi.Alexandra, jego Alexandra leżała na drodze, tyłem do nich.Obok niej połamane drzewo i krzewy.Nigdzie nie było samochodu.Zobaczył szkarłatna plamę koło jej głowy.Śnieg był czerwony!Jak tylko zobaczył szatynkę od razu przy niej był.Leżała na lewym boku.Lewa ręką była przy głowie,a prawa przy tułowiu.Na twarzy miała kilka kosmyków włosów.Szybko podniósł ja i
przytrzymał w ramionach.Była taka bezwładna.Ułożył jej ręce wzdłuż ciała.Przyłożył do szyi dłoń.Szukał pulsu.Był słaby.Szybko pojawił się Emmet z telefonem przy uchu.Informował Carlisla.
-Alex-mówił do niej.-Alex słyszysz mnie-delikatnie dotykał jej policzka.Była taka nie ruchoma.Najważniejsze, że oddychała.Ściągnął swoją bluzkę i przyłożył ją do skroni przyjaciółki.Kiedy przycisnął materiał, jękła z bólu.Był to niesamowity dźwięk.Dowód ,że żyje.
-Alex! Słyszysz mnie?-Powtórzył.
Ruszyła delikatnie głową.Miała przymknięte oczy.
-Benn...jammmin-wymruczała.
-Wszystko będzie dobrze-objął ją mocniej, a wtedy ponownie jękła z bólu.-Przepraszam.
Czuł przez więź jak bardzo jest przerażona i obolała.Mógł ją stracić.Dlaczego nie pojechał z nią? Dlaczego puścił ją samą?
-Jest już Bella i Alice.Weź ją na tył samochodu, tylko ostrożnie-powiedział Emmet.
-Przepraszam Alex.Może cię trochę zaboleć-podniósł ją.Dziewczyna ledwo co była przytomna.Cicho jęknęła z bólu.Wszedł do pojazdu ,a wampirzyca ruszyła samochodem.
***
-Wiadomo czy ktoś tam był?-zapytał kobiecy głos.
-Jacob wyczuł prócz niej jeszcze kogoś-powiedział męski głos.
-Nie wierzę, że to się wydarzyło.
Słyszała jakieś głosy.Kobiety i mężczyzny.Nie skupiła się na ich wymianie zdań tylko na bólu.Wszystko ją bolało.Najbardziej głowa.Chciała otworzyć oczy ale nie powieki nie usłuchały.Czuła na lewej ręce zimną
dłoń.Ktoś trzymał ja za rękę.Nagle wszystko się jej przypomniało.Jechała samochodem.Hamulec i kierownica nie działały.Wyskoczyła z samochodu.Auto było w rzece a ona leżała w śniegu.Potem jakiś mężczyzna który zniknął po chwili.Ciemność.Potem piękny melodyjny głos.Czyjeś ramiona ją trzymały.Słyszała głos który ja wołał.Ten głos.Ten głos należał do Benjamina.Chciała wstać i pokazać mu, że jest cała.Żeby się nie martwił.Walczyła z powiekami jakiś czas.Ruszyły się.Tak!O to chodzi! Zobaczyła pokój w którym odpoczywała po przemianie.Widziała swoją dłoń w dłoniach Benjamina.Spojrzała na niego.Zobaczyła ulgę w jego oczach kiedy ją zobaczył.Uśmiechnął się.Chciała wstać, lecz przeszył ją ból.Całe ciało było obolałe.Zrobiła grymas bólu.
-Spokojnie-było słychać ulgę w jego głosie-pomogę ci.Trochę to zaboli.
Poczuła jego dłonie na ramionach, potem na plecach,aż w końcu czuła na boku jego pierś.Oparła o nią głowę.Wszystko ją bolało.Zauważyła, że jest za oknem ciemno.Poczuła jak Egipcjanin stara się delikatnie ja objąć, by nie poczuła bólu.Objęła jego szyję ręką i wtuliła się.Benjamin schował swoją twarz w jej włosach.Spokojnie dotykał jej pleców.
-Nigdy nie wypuszczę cię samej-powiedział.
Pokiwała głową twierdząco.Wziął jej policzki w dłonie.Miała przed sobą jego stalowe oczy.Były pełne troski.
-Gdybyś wiedziała jak bardzo się bałem.
-Przepraszam.Sądziłam, że nic mi nie będzie.Jak ten samochód jechał,a ja starałam się go zatrzymać
widziałam, że to jego sprawia.Nie dosyć, że wysłał mi tą paczkę to spowodował wypadek.
-Spokojnie-potarł jej policzki kciukami.-Obiecaj mi, że nie będziesz sama nigdzie chodzić.
-Obiecuję Benjaminie, obiecuję.
Przybliżył swoją twarz i pocałował ją.Jego usta były takie chłodne  zadziwiająco miękkie.Włożył tyle uczucia strachu, troski i zaangażowania.Jej usta były ciepłe ale chłodne jak dla człowieka.Wymarzła.Usta były miękkie,a zarazem szorstkie po wypadku.Oboje poczuli w połączeniu spokój.Mieli chodź chwilę dla siebie.Chwilę szczęścia w tym trudnym czasie.Oddalili się od siebie.Od razu przytulił ją.Poczuła jego dłoń na swojej głowie.Tak strasznie się bała, że już nigdy go nie zobaczy, że nie zobaczy innych. W tym krótkim pocałunku i objęciu było tyle strachu.
-Był to prezent za przeżycie?-zapytała.Chciała go jakoś pocieszyć.
-Był to pokaz jak bardzo się bałem-uśmiechnął się do niej-tak.Przyznaję się.Wielki Pan i Władca bał się o ciebie.
-Nie mów tak bo zawału dostanę.Przecież ty nie pokazujesz uczuć i o nich nie mówisz.
-Zdarzyło się.Ale nikomu nie mów.
Spojrzała hamując śmiech.Patrzył na nią karcąco.
-Niech ci będzie faraonie.To będzie nasza tajemnica.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz