płynęła krew. Głowę miał spuszczoną w dół. Oddychał, żył. Wiedziała o tym , gdyż jego klatka piersiowa się podnosiła i opadała. Bez zastanowienia podbiegła do niego. Chwyciła jego twarz w dłonie patrząc czy jest przytomny.
-Jack! To ja Alex! Jack-mówiła do niego.
Spojrzał na nią. Jego błękitne oczy były pełne ulgi ale i strachu. Rozwiązała materiał z jego ust.
-Alex uciekaj.... on chce cię zabić.
-Wole byś był cały. Jesteś ranny?
-Tylko głowa. Alex musisz uciekać.
-Ja cię w to wplątałam i ja cię z tego wyplącze.
Ominęła go i zaczęła ściągać więzy z nadgarstków.
-Przepraszam ,ze niczego ci nie powiedziałam. Chciałam. Wiem, że jesteś zły. Wszystko ci wyjaśnię.
-Alex to później. Uciekaj!
Odwiązała sznur. Przyjaciel był wolny. Wróciła do niego i pomogła mu się podnieść. Kulał na jedna nogę.
-Oprzyj się o mnie-zaczęli iść w stronę wyjścia. Jack żyję, zaraz będzie bezpieczny. To powierzchowne rany. Będzie żył. Cały czas powtarzał spanikowany:
-Musisz uciekać. Nie interesuj się mną. Jesteś ważniejsza.
-Nie prawda, Jack. Chroniłam wszystkich prócz ciebie. Zapłacę za ten błąd jeżeli będzie trzeba.
Wyszli z kaplicy. Zatrzymali się, gdyż Jack był wykończony. Było to dla niego męczące z powodu bolącej nogi i zawrotów głowy. Ściągnęła chustę z szyi przyłożyła ją do skroni kolegi. Cicho jęknął. Znała ten ból doskonale, też go przeżyła.
-Jack jeszcze trochę-była spanikowana. W każdej chwili mógł przyjść szantażysta. Musiała wyprowadzić przyjaciela- Jesteśmy blisko. Przed bramą jest samochód Benjamina. Chodź...-Widzę ,że znalazłaś przyjaciela-usłyszała za sobą głos.
Odwróciła się najszybciej jak tylko mogła. Kilka metrów dalej stał jakiś mężczyzna. Był wysoki, to musiała przyznać. Mógł mieć 1,90 m wysokości. Czarne włosy miał idealnie przystrzyżone jak na mężczyznę przystało. Jego zielone oczy wpatrywały się z kpiną w dziewczynę , a usta były wykrzywione w cynicznym uśmiechu. Jego postura była nadzwyczaj zbudowana. Widać było ,że nie oszczędza się na siłowni chodź mimo tego, dużo brakowało mu do sylwetki Emmeta. Miał cerę w kolorze kości słoniowej , która wręcz świeciła przy jego czarnych ubraniach. Nie znała go. To skąd on znał ją?
-Wynocha , nie jesteś już potrzebny. Dziękuje za sprowadzenie twojej przyjaciółki-ostatnie słowo powiedział z obrzydzeniem.
-Nigdzie nie idę-warknął na niego Jack.
Ten uśmiechnął się z wyższością.
-Jack nie mieszaj się-ostrzegła go.
-Odezwała się troskliwa przyjaciółeczka. Jego z czasem też byś zabiła tak jak ją.
-O czym ty mówisz? Nikogo nie skrzywdziłam-powiedziała.
-Przestań się wypierać. Wszystkiego się dowiedziałem. Myślisz, że ci odpuszczę? Nigdy. Zapłacisz za jej śmierć!
-Nikogo nie skrzywdziłam ,nie rozumiesz tego?!-krzyknęła.
-Nie kłam!-z jego dłoni wystrzeliło szkarłatne światło. Był to kształt przypominający dysk. Kilka dyskow leciało w jej kierunku. Intuicyjnie podniosła obie dłonie przed siebie i pojawiła się przed nią jakby ściana z błękitnego szkła. Przyznała wyglądało to pięknie, lecz to nie czas na podziwianie magii.
-Widzę ,że coraz lepiej ci idzie. Ciekawe czy obronisz i siebie i przyjaciela-ponownie mężczyzna użył mocy.
Spojrzała przestraszona w kierunku przyjaciela. Szybko pomyślała o nim i moc przekierowała się na niego. Powstały dwie ściany. Przy niej i nim. Mężczyzna w czerni chyba zdenerwował się przez to bardziej. Zaczął wszelkimi rodzajami zaklęć rzucać w dziewczynę. Po kolejnym uderzeniu , ściana rozkruszyła się na małe kawałeczki jak zbita szyba. Poleciała trochę do tylu i upadła na plecy. Poczuła krew w ustach. Podniosła się w zakaszlała plując szkarłatną cieczą. Zanim się zorientowała, mężczyzna trzymał ją za szyję i przygwoździł do ściany zniszczonego budynku. W jego oczach była furia, jakby od lat ją kumulował.
-Jakie to uczucie wreszcie przegrać? Być na samym dnie? Kiedy zabijałaś ją nie miałaś wyrzutów?! Zabiłaś żonę i matkę!
-Kogo miałabym zabić?-powiedziała resztkami sił. Zaczął zduszać jej szyję. Nagle ją puścił i poleciała na ziemię. Odsunął się od niej. Patrzył i napawał się jej bólem. Chwyciła się za szyję.
-Gabriela. Zabiłaś Gabrielę- powiedział. Wyczula ból chłopaka w głosie. Czy jemu chodziło o jej matkę? Gabrielę Walker?
-Jak miałabym zabić własną matkę?-zapytała zdezorientowana.
-Właśnie! Jak mogłaś ją zabić?!
-Nie skrzywdziłam jej. Opiekowałam się nią kiedy została zatruta.
-No to w takim razie kto to zrobił?-zapytał z drwiną w głosie.
Powoli wstała. Spojrzała na Jack'a. Chciał jej pomóc ale zaprzeczyła ruchem głowy. Wyprostowała się i spojrzała na prześladowcę.
-Została otruta przez Richarda Astona. Skoro tak dobrze znałeś moją matkę , wiesz kim jest on-powiedziała zła.
-Kłamiesz!-krzyknął, aż sie wzdrygnęła. -Może i popełnił w życiu błędy ale nie zabiłby własnej żony!
-Zrobił to ponad rok temu. Otruł , zabił.
Mężczyzna zaczął wpadać w furię. Nie wierzył jej. Wiedziała to.
-Zabił jedyną bliską mi osobę-kontynuowała.- W maju zmarła. Opiekowałam się nią z myślą ,że ma raka. Tak mi powiedziała. Po jakimś czasie po jej śmierci dowiedziałam się prawdy. Zostałam sama.
-Nie zwalaj na niego winy. Powiedział mi ,ze uciekła z tobą. Wiedział, że nowa rasa zniszczy nas! I zrobiłaś to. Zabiłaś zaklętą! Nie kłam!
-Ja nie kłamie, to on cię oszukał...
Chłopak nie wytrzymał i wyciągnął sztylet z czarną rękojeścią. Rzucił w dziewczynę. Wiedziała, że nie zdąży uciec z toru noża. Nie zdąży wyczarować ochrony. Była gotowa przyjąć cios. Zamknęła oczy.
Usłyszała krzyk i upadek. Spojrzała. Nie! tylko nie Jack! Obronił ją własnym ciałem. Sztylet wbił mu się w brzuch. ciała zaczęła lecieć krew. Leżał przed nią. Szybko uklękła i chwyciła twarz w dłonie. Był przytomny. Jego twarz była wykrzywiona w grymasie bólu.
-Nie, nie Jack, tylko nie to-rozpłakała się-coś ty zrobił!?
Chwycił jej policzek :
-Uciekaj-zdążył jedynie wyszeptać.
Delikatnie kciukiem starł jej jedną łzę z wielu. Uśmiechnął się delikatnie, lecz zaczął zamykać oczy. Żył. Musiała szybko zawieźć go do szpitala.
-Jack wyjdziesz z tego. Pomogę ci. Nie zostawię cię.
-Wiem Alex. Zawsze ci się udaje- zamknął oczy. Stracił przytomność.
-Miał być cały i zdrowy!!!-krzyknęła.
-Sam chciał to teraz ma-powiedział niewzruszony zranieniem jej przyjaciela. -Mała Alexandra sie zdenerwowała-powiedział rozbawiony-zaraz się pożali, Rafael zabił mi przyjaciela.
-Kim ty jesteś ,że tak interesujesz się moją matką. Czego od niej chcecie?
-Olśnić się dziewczynko? Gabriela była moją matką.
Cały świat jej się zawalił. Jego matka?! To znaczy ,że on jest...
-Tak Alexandro , jestem twoim bratem.Jesteśmy rodzeństwem.
To nie możliweTo musi być jakaś pomyłka.
-To niemożliwe. Musiałbyś być zaklętym singularis. A sam powiedziałeś, że nim nie jesteś.
-Bo nie jestem. Zaklęci przemieniają sie z ludzi w te istoty do dziewiętnastego roku życia. Gabriela poślubiła Richarda, w wielu osiemnastu lat. Wtedy nie była zaklętą. Nie jestem z nowej rasy z mieszanki zaklętej i pół wampira tylko pół wampira i człowieka. Po moich narodzinach jej moc się uaktywniła. Dokładnie dwa dni przed dziewiętnastoma urodzinami naszej matki stała się jedną z nich.
-To dlaczego nie napisała o tym w dzienniku? Dlaczego nic mi nie powiedziała?
-Chroniła swojego mordercę. Nie powiedziała ci nawet prawdy o ojcu. A ty ją zabiłaś.
Ten człowiek naprawdę jest rządny krwi.
***
Miała brata. Powoli to do niej docierało. Mama jej niczego nie powiedziała. To na pewno jest szczera prawda? Miała brata, który chce ją zabić. Poczuła narastający gniew.
-A więc Rafaelu-zaczęła- chciałeś mnie zabić. Więc spróbuj-zażądała.Rafael spowazniał i oboje stali nieruchomo. W pewnej chwili oboje zaatakowali się mocami. Alexandra zyskała prowadzenie. Teraz walczyła za wszystko. Za Jack'a , Benjamina, Cullenów i mamę. Za kogo ten
człowiek się uważał? Musi szybko to zakończyć. Jack może się przecież wykrwawić! Przerwała walkę i nagle szybko rzuciła zaklęciem. Rafael się tego nie spodziewał. Błekitne światło doszło do niego i wleciał na drzewo. Został oslabiony. Teraz musi go jakoś unieruchomić. Tylko jakie to było zaklęcie? Kiedy jej się przypomniało, poczula przeszywajacy ból w klatce piersiowej. Przyjęła na siebie jego moc. Sprytnie ją zaatakował. Upadła. Cały czas czuła krew w ustach od początku walki. Leżąc koło przyjaciela wypowiedziała w myślach formułkę. Światło dotarło do Rafaela. Brat upadł oszołomiony. Bedzie w tym stanie przez kilka minut. Ma czas na ucieczkę z przyjacielem i zawiezieniem go do szpitala. Przeczołgała się do rówieśnika. Oddychał. Była strasznie zmęczona. Dotknęła jego czoła. Był chłodny , miał zimny pot. Kiedy poczuł jej dotyk otworzył oczy. Było mu zimno, widziała to.
-Jack, zaraz będzie pomoc. Gdzie masz telefon?
-W kieszeni spodni, jeżeli go nie zabrał-wyszeptał.
Sprawdziła w lewą kieszeń, nic. Zajrzała do prawej nic. Telefonu nie było.
-Nie ma go-zdenerwowała się. Musi jakoś wezwać pomoc.
-Byłaś wspaniała Alex-powiedział.
-Ani waż mi się żegnać Jack. Pamiętasz jak byliśmy dziećmi? Mieliśmy żyć razem sto lat i więcej-łzy płynęły po jej twarzy. -Nie waż się mnie zostawiać.
Starł jej łzy. Patrzyła błagalnie na niego. Nie mógł odejść! Nie pozwoli mu. Przeszuka całe wymiary zmarłych jeżeli będzie trzeba. Nie może jej zostawić.
-Alexandra!-usłyszała z oddali krzyk. Wszędzie rozpoznałaby ten głos. Benjamin.
-Jack zaraz będziesz w szpitalu-powiedziała uśmiechając się przez łzy.
Przytaknął ruchem głowy. Oddychał bardzo głęboko.
I w tym momencie poczuła dłonie na swoich ramionach. Spojrzała w bok. Przyszedł jej Egipski książę. Kiedy zobaczył Jack'a spojrzał w bok. Po chwili pojawił się Carlisle.
-Jak długo już tu leży?-zapytał.
-Kilka minut. Kazałam mu sie nie ruszać i nie wyciagać sztyletu.
-Dobrze zrobiłaś. Edward pomóż mi go wziąć do samochodu.
-On wie, wie o wszystkim. Rafael mu powiedział-powiedziała wykończona-samochód jest przed bramą. Pomożesz mu?
Blondyn przytaknął i wziął go w ramiona. Zaczął iść w kierunku samochodu.
Benjamin pomógł jej wstać. Była wykończona i przestraszona. Na dłoniach miała krew przyjaciela. Oby przeżył. Wtuliła się w Egipcjanina. On bez problemów ją objął. Poczuła się taka bezpieczna. Nie wytrzymała łzy popłynęły.
-Spokojnie Alex-podeszła do nich Rose-będzie żył. Nie bój się.
Dziewczyna przytaknęła i odsunęła się od szarookiego. Spojrzała w kierunku brata. Jasper i Emmet stali nad nim.
-To nie jest Richard-powiedział Em-jest zbyt młody. I jest człowikiem.
-Gabriela nic o nim nie mówiła. nikomu z nas.
-Co to za facet?-zapytał Benjamin.
-To jest mój brat-powiedziała.
Wiedziała, że wszyscy się na nia spojrzą. i tak też było.
-Że niby co?-zapytała Rose.
-To jest mój brat. Rafael Aston.
-Przecież ty nie masz brata-powiedział zszokowany Benjamin patrząc na nieprzytomnego chłopaka.
-Też tak sądziłam kilka minut temu. Niebawem się obudzi. Trzeba z niego wyciągnąć co się da. Najprawdopodobniej cały czas ma kontakt z Richardem. Wiedział ,że przeżyłam wypadek w którym znalazłeś mnie z Emmetem i Jacobem.
-Zabieramy go do nas?-zapytał Jasper.
-Tak. Nie ucieknie z domu. Nie da rady z taką liczbą wampirów-powiedziała Esme.
-Benjamin...-zaczęła ale jej przerwał tuląc ją do siebie.
-Pojedziemy do szpitala. Zobaczymy co z nim jest. Spokojnie Carlisle zajmie się nim odpowiednio.
-Tak sądzisz?-zapytała z nadzieją. On nie mógł zginąć przez Rafaela. Wtuliła się w niego. Poczuła jak delikatnie ociera jej plecy, a drugą ręką dotknął jej karku. Uwielbiała kiedy tak robił ,lecz teraz poczula ból. Jękła. Odsunął się i spojrzal na nią.
-Twoja szyja-powiedział wściekły. -Facet ma szczęście ,że jest nieprzytomny. Boli cię mocno.
-Trochę. Nie wygląda tak źle?
-Jak pójdziecie do szpitala idź do Carlisla. Da ci okłady-poradziła Esme.
-Dobrze. Pójdę do niego, jak skończy się zajmować nim-chciała wytrzeć łzy ale dłonie były we krwi. Wzięła śnieg i zaczęła ścierać ciecz. Po krótkim czasie jej ręce nie były szkarłatne. Wytarla ręce w spodnie.
-Jak daleko jest stąd do szpitala?-zapytała.
-Najbliższe jest w mieście. Carlisle tam pracuje.
-A tak. Zapomniałam. Weźmiecie Rafaela? Zaraz może się obudzić,a jest groźny.
-Ksiezniczko-zaczął Emmet-to on powinien się na bać. Jesteś cała?
-Żyję-wyczuła znowu krew w ustach.
-Pojedziemy do domu. Jacob po was przyjedzie zaraz.
-Jedziemy. Zaczyna się budzić-powiedział Jasper.
-Do zobaczenia w szpitalu kochanie-przytuliła ją Esme , następnie Rosalie. Zaczęli znikać. Nie widziała zbytnio bo poruszali się wampirzym tempem. Po minucie byli sami. Oparła się o marmurowy posąg anioła.
-Już po wszystkim-odetchnęła mówiąc sama do siebie.
-Alex nigdy tego nie rób. Co ty sobie wyobrażałaś?! Przecież mógł cię zabić-powiedział podchodząc do niej.-Przepraszam zlamalam słowo. Wiem, że nie miałam nigdzie chodzić sama. Ale Jack miał kłopoty... -Wiem-wyciągnął do niej dłoń.
Przyjęła ją. Przyciągnął ją do siebie i objął ją. Teraz mogłaby tak stać bez końca. Tego dnia zrozumiała jak bardzo wszystkich kocha. Bez niego , Cullenow, Jack'a, Jacoba do niczego by nie doszła w życiu. Teraz rozumie jak bardzo jest obdarzona. Będzie ostrożniejsza.
-Wszystko w porządku?-zapytał. Uśmiechnęła się.
-Będę spokojniejsza jak dowiem się co z Jack'em.
Spojrzała na niego. Ich spojrzenia się spotkały. Mocniej ją przyciągnął.
-Zawsze musisz się bawić w bohaterkę -zaśmiał się smutno.
-Przepraszam Benji. Wiem, wiem głupio zrobiłam. Nic nowego.
-Przestań. Jesteś prawdziwą bohaterką. Uratowałaś Jack'a i przeżyłaś atak tego potwora. Potrafisz wykorzystać swoją moc. Dzięki tobie dowiemy się więcej. Spojrzała na niego lekko przybita całą sprawą.
-Tak sądzisz?
-Ja to wiem-uśmiechnął się. Stanęła na palcach i pocałowała go w policzek. Był zaskoczony. Uśmiechnęła się lekko i schowała ręce za siebie.
-Wybaczysz mi, że cię nie posłuchałam?
-Wybaczę jak drugi policzek również zostanie pocałowany-uśmiechnął się cwanie.
-Chodź tu-ponownie stanęła na palcach i pocałowała drugi policzek.
-Wybaczysz?
-Już dawno to zrobiłem-usłyszeli dźwięk klaksonu.
-Jacob już przyjechał-powiedziała.
-Chodź-chwycił jej dłoń i poszli.
Kiedy zobaczył ich Jacob pierwsze na co spojrzał , to na ich złączone dłonie.
***
Siedziała przed salą przyjaciela. Godzinę temu skończyła się operacja. Carlisle robił dodatkowe badania. Czekała aż skończy. Wtedy będzie mogła wejść i czekać aż się obudzi. Siedziała i czekała. Położyła łokcie na kolanach i podtrzymała głowę dłońmi. Niech on się obudzi. Poczuła drobną dłoń na plecach. Spojrzała na właściciela. Była to Alice. Usiadła koło niej na miejscu Benjamina, który chciał przynieść jej coś do picia.-Jak się czujesz?
-Nie wiem. Niczego już nie czuję. Tego jest za dużo-westchnęła.
-Wyrzuć to z siebie. Nie możesz tego w sobie kumulować.
Chwilę milczała.
-Dlaczego muszę wszystkich narażać? Dopiero dzisiaj zrozumiałam jak wspaniałych i wiernych mam przyjaciół, a ja ich tylko narażam-popłynęła jej łza, starła ją.
-Zapomniałaś, że większość twoich bliskich to nieśmiertelne wampiry lub wilkołaki.
-Może i tak. Ale Jack? Mama? On został porwany i zakrył mnie przed sztyletem. Teraz miał operację. Mama zginęła przez to, że mnie chroniła. Przez to, że się urodziłam , przez to, że byłam inna. Ciotka przyniosła ostrzegawczy list, bo wie, że trzeba trzymać się ode mnie z daleka. A teraz dodatkowo dowiaduje się, że ojciec chce mnie zabić i brat. Nic dodać nic ująć. Rzeczywiście, mam normalne życie-powiedziała sarkastycznie ostatnie zdanie.
-Alex przecież rodzina to nie tylko więzy krwi. To więź. Dla nas jesteś rodziną. Jest w niej Jack, Benjamin i świętej pamięci Gabriela, twoja mama.
-Dlaczego mi nie powiedziała, że mam brata. To w ogóle pewne?
-Niestety. Macie podobne znamiona. Ty masz znamię żeńskie, jeżeli przekształcić je na znamię męskie było by takie, jakie on ma. Jesteście rodzeństwem.
-Gorzej być nie może.
-Nie mów tak. Jeszcze znajdziecie porozumienie.
-Nie mam zamiaru wyciągać do niego dłoni. Gdyby ciebie chciał zabić brat o którym nie miałaś pojęcia, wybaczyłabyś?
-Wiem, że to trudne. Nie wiem co bym zrobiła. Ale wiem jednak , że bym się nie podawała. Jesteś sobą, silną dziewczyną, tylko o tym nie wiesz. Teraz pomyśl o sobie. Przejmujesz się wszystkimi a ty? Zatroszcz się o siebie. To ty jesteś w niebezpieczeństwie, nie my. Pomyśl kochana. To prawda. Pomyśl troszeczkę o sobie.
-Będzie ciężko.
-Podejrzewam. Rozmawiałam z Benjaminem. On ci w tym pomoże-uśmiechnęła się tajemniczo. Spojrzała na nią zaskoczona. Chciała wiedzieć co chciała przez to powiedzieć. Ale nie zdążyła. Otworzyły się drzwi od pokoju rówieśnika. Carlisle wyszedł i uśmiechnął się do niej.
-I co z nim?-zapytała z nadzieją.
-Powinien obudzić się za kilka godzin. Będzie żył. Bez obaw.
Ulżyło jej. Przeżyje. Udało się.
-Widzisz mówiłam , że wszystko będzie dobrze.
-Miałaś wizję?-zapytała podejrzliwie.
-Możliwe-zaśmiała się i przytuliła szatynkę.-Idę już. Ucałuj go kiedy się obudzi.
-Dobrze-Alice wyszła tanecznym krokiem, a szatynka weszła do sali. Leżał w białej pościeli. Już nie był taki blady. Nabrał lekkich rumieńców. Leżał w białej pościeli. Wyglądał tak spokojnie, jakby odpoczywał po treningu. Kiedy mieszkali w Forks przychodził do niej i spędzali czas z jej mamą. Kilka razy zasnął u niej i robiła mu kawały. Raz oblała go wodą i obudził się jak poparzony. Chciała teraz go oblać, by się tak szybko obudził. By go nic nie bolało, by znowu mogli się pośmiać i wygłupiać z przyjaciółmi. Na tę myśl rozpłakała się. Dlaczego nie może być inaczej? Ona, Benjamin , i Cullenowie ,dodatkowo przyjaciele z watahy. Wygłupiałaby się z Emmetem , posiedziałaby z Benjaminem, poplotkowałaby z dziewczynami, oglądałaby z innymi mecze. Zamiast spędzać czas z nimi, trzymie bezwładna dłoń przyjaciela. Ktoś wszedł do pomieszczenia i położył dłonie na ramionach. Wiedziała, że to Benjamin. Nie będzie się użalać, będzie walczyć. Wstała i przytuliła się do niego. Przy nim odnajdywała spokój. Trzymając ją w objęciu usiadł, a ona siedziała mu na kolanach. Uspokoiła się. Nie może znowu wrócić do rozdziału, w którym będzie się użalać nad swoją osobą. Musi dać radę.
-Niedługo się obudzi, zobaczysz. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się.
-Na pewno. Jest już po operacji, wszystko poszło dobrze, żyję, będzie zdrowy-westchnęła pocieszając się.
Oparła się o ramię wampira. Otarł jej ramię. Czekali teraz ,aż chłopak się obudzi. Chwyciła dłoń przyjaciela. Teraz zostało oczekiwanie.
***
Przysnęło jej się. Benjamin delikatnie głaskał jej ramię. Wciągająca jego zapach i czując dotyk, uśpił ją. Teraz się budziła. Hak długo tu spała? Usłyszała czyś głos.-Śpiąca królewna się budzi-usłyszała. Ale czy dobrze? To był Jack?! Otworzyła oczy. Podniosła się sennie. Jack się obudził. Śmiał się teraz z Benjaminem. Chyba z niej ale zignorowała to.
-Obudziłeś się-rozpromieniła się.
-Mógłbym przewidzieć to samo tobie-zaśmiał się.
Puściła jego dłoń i nachyliła się by go przytulić. Wspaniale ,że mogła poczuć jego ramiona, zobaczyć jego uśmiech.
-Młoda udusisz mnie. Chcesz mnie dobić?
-Wybacz. Cieszę się, że jesteś cały. Jak się czujesz?
-Bywało lepiej. A ty jak widzę cała. Co z twoją szyja? Masz na niej czerwone pręgi.
Chwyciła się za nią.
-Cała. Przejdzie mi. Nie przejmuj się nią. Powiedz co pamiętasz z dzisiejszego dnia?
-Strzelałaś niebieskim światłem. Cullenowie i Benjamin są wampirami , ty jakąś czarodziejką, a Seth i Jacob wilkolakami.
Spojrzała na niego zszokowana. Nie bał się. Mówił o tym jakby to było normalne. Spojrzała na Benjamina.
-Kiedy spalaś wyjaśniłem mu większość rzeczy. Ty musisz teraz opowiedzieć mu o swojej historii i wyjaśnić co się stało, przy okazji coś się dowiem. Carlise pozwolił mi powiedzieć o nich. Wyjaśniłem jak mnie znalazłaś ,kiedy i w jakich okolicznościach.
-Ładnie ją nastraszyłeś w Egipcie-powiedział kolega.
Zaśmiała się. Oj bardzo ją nastraszył.
-To może wyjaśnisz mi co się stało i jakim cudem jesteś czarodziejką?
Uśmiechnęła się. Jak zwykle jego ciekawość.
-Nie czarodziejką tylko zaklętą. To trochę długa historia.
-Mam czas. Zazwyczaj to ja przychodziłem do ciebie, do szpitali.
-A więc, zaczęło się od wyjazdu projektowego do Egiptu-zaczęła opowieść.
Kiedy streściła mu jak poznała Benjamina, jak dowiedziała się o zaklętych, o Joshu, kiedy przeżyła przemianę, o ojcu, o jej odmienności ,o groźbach i dzisiejszej wieści, że ma brata i o tym, że jej brat był winny wszystkim wypadkom. Chłopak słuchał uważnie i zadawał pytania. Był uważnym słuchaczem i chciał wszystko zrozumieć. Nadszedł teraz czas by wyjaśnić mu dokładnie, co wydarzyło się dzisiejszego ranka.
-Dostałam od niego telefon. Usłyszałam ciebie i groził , że cię skrzywdzi. Powiedziałam, że jest tchórzem, bo nie chce się ze mną spotkać tylko posługuje się innymi rzeczami czy osobami. Ściągnął klątwę ze mnie i chciałam pojechać. Nessie wszystko słyszała i starała się mnie zatrzymać. Uśpiłam ją i pojechałam. Znalazłam cię w tej starej kaplicy. Wyprowadziłam cię i wtedy pojawił się Rafael. Oskarżał mnie o śmierć mamy-kiedy opowiadała im cała historię , patrzyła na jej i przyjaciela dłoń- Richard powiedział mu, ze to ja ją skrzywdziłam. Walczyliśmy. Ochrona przestała działać. Upadliśmy na plecy. Chwycił mnie za szyję i dusił. Następnie puścił. Rzucił we mnie sztyletem, obroniłeś mnie. Nawet nie wiesz jak bardzo się o ciebie bałam. Zaczęliśmy walczyć. Przed tym powiedział, ze jesteśmy rodzeństwem. Unieruchomiłam go. Chciałam wezwać przez twój telefon pomóc. Nie miałeś go. Zacząłeś się kretynie ze mną żegnać. Potem przybyli Benjamin i Cullenowie. Tak wszystko się potoczyło.
-Już pamiętam. Płakałaś.
-A co miałam się śmiać, że mój przyjaciel z dzieciństwa umiera?-w jej oczach pojawiły się łzy-Jeszcze idioto żegnałeś się.
-Sądziłem, że już po mnie.
-Nie tylko ty. Jeszcze raz zrób mi taki numer, a sama cię dobije-zeszła z kolan wampira i usiadła na brzegu łóżka. Objęła przyjaciela.-Jak w ogóle cię złapał?-zapytała.
-Byłem w domu. Właśnie wróciłem z miasta. Pamiętam, że poczułem mocny ból głowy i upadłem. Potem obudziłem się w ciemnym pomieszczeniu w kaplicy. Mówił cały czas o tobie. Chciał cię tam zwabić. A kiedy zobaczyłem ,że przyszłaś...-zamilkł
-Czekał na ciebie. Zaplanował to od początku-powiedział srebrnooki.
-Jak tylko go zobaczę, zabiję.
-Obiecałaś , że będę mógł go uderzyć-upomniał się.
-I zrobisz to, a ja go potem zabiję-wróciła na jego kolana.
-Taka perspektywa mi odpowiada.
-Mi też-uśmiechnęli się oboje.
-Czegoś w tym nie rozumem-powiedział nagle Jack.
-Czego? -zapytała.
-Wy nie jesteście razem , a zachowujecie się jak dobre stare małżeństwo.
Ponownie się zaśmiali, a biedny chłopak patrzył zdezorientowany.
-Z takim staruszkiem?-zażartowała-jest starszy ode mnie o dwa tysiące dziewięćset siedemdziesiąt jeden lat.
-Stary mam chodzić z dzieckiem? Jest ode mnie młodsza o tysiąc dziewięćset siedemdziesiąt jeden lat.
-Mógłbyś zostać oskarżony o pedofilię Benji.
-Właśnie. Nie chce mieć dodatkowych kłopotów z nią.
-Jesteście nienormalni-teraz we trójkę płakali ze śmiechu.
Do pomieszczenia wszedł Carlisle. Przyjrzał im się. Był zaskoczony ich dobrym humorem.
-Przed chwilą spałaś jak aniołek-uśmiechnął się do nich- Jak się czujesz Jack?
-Rana boli ale tak, to jest dobrze. Noga już też nie boli.
-Znakomicie. Będziesz musiał zostać kilka dni na obserwacji.
-Rozumiem-powiedział swobodnie.
-Alexandro jutro mamy zamiar porozmawiać z Rafaelem. Będziesz jutro?
No tak. Rzeczywistość wróciła zbyt szybko.
-Tak. Muszę tam być. Muszę się dowiedzieć wszystkiego co trzeba. Przy okazji wezmę kilka ksiąg. Chce podszkolić się trochę z tych zaklęć.
- Delikatnie mówiąc Edward , Jasper i Emmet z nim rozmawiali. Chyba dochodzi do niego, ze jesteś niewinna.
-Nie obchodzi mnie to, czy mi wierzy czy nie. Chce tylko wiedzieć co Richard planuje. Wytrzymacie z nim tą jedną noc?-Spokojnie, damy radę. Ty się wyśpij. Miałaś naprawdę ciężki dzień. Zasługujesz na odpoczynek.
-Nie głupi pomysł. Wracaj i odpocznij. Musisz być wykończona skoro zasnęłaś tutaj-zaczął Jack.
-Zaraz pojedziemy -powiedział Benjamin.
-Rozumiem, że nie mam się kłócić?
-Dobrze zrozumiałaś.
-No dobrze. Może rzeczywiście jestem trochę zmęczona. Widzimy się jutro?-zapytała kolegę.
-Jutro rano. Dobranoc moja bohaterko-przytulili się.
-Do zobaczenia Jack.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz